Jest miejsce dla niepokoju.

    W wyniku bezgranicznej nudy i braku jakiejkolwiek stymulacji intelektualnej przypomniałam sobie o istnieniu miejsca, w którym jakiś czas temu publikowałam swoje głupoty. 

    Nie pamiętałam szczegółów tego, co właściwie się tu znajdowało. Przez dwa lata nieobecności zdążyłam skończyć jedne studia, zacząć kolejne, przeprowadzić się, kilka razy zmienić kolor i długość włosów, zgromadzić jeszcze więcej książek, których nie zdążę przeczytać, aparatów, na klisze do których mnie zwykle nie stać, zapisać się na terapię, użyć parę razy mózgu itd. itd.

    Tak czy inaczej, nie pamiętałam, co tu zostawiłam, w szczególności w zapiskach roboczych. A coś tam jednak zostało. M. in. ten tekst. Oczywiście, że nie zostanie on opublikowany w niezmienionej formie. Ja za bardzo się zmieniłam. Lecz pod jego podstawą jestem w stanie nadal się podpisać. 

    I można powiedzieć, że to więcej mojego znudzonego pieprzenia o głupotach niż merytoryki o sztuce, ale tak naprawdę to kogo to obchodzi. Z pewnością nie przypadkowych ludzi, którzy tu trafiają i z pewnością nie mnie piszącej te słowa. 

    Przechodząc do meritum, w mojej opinii sztuka, która nie wzbudza emocji, jakiekolwiek by one nie były, nie jest sztuką dobrą. Można się ze mną kłócić - jest to temat na tyle subiektywny, że ile osób, tyle opinii. Nie znaczy to, że nie doceniam kunsztu wykonania, techniki, kolorów, linii i wszystkich innych elementów składowych dzieła. Spędziłam zbyt wiele czasu analizując je wszystkie, by móc je z łatwością pomijać. Chcę jedynie zasugerować, iż czasem jednak warto. 

    Dobre dzieło potrafi widza wzruszyć, przywołać wspomnienia, rozweselić, ale też wywołać w nim niepokój czy smutek. Negatywne odczucia nie świadczą o tym, iż dany obraz czy rzeźba nie powinny nosić miana dzieła sztuki, a jedynie o tym, że autor osiągnął cel - sprowokował osobę oglądającą do opuszczenia swoich barier. Bo nie chodzi mi tutaj o profesjonalną analizę. W niej są zasady. W samym odbiorze dzieła ich nie ma, niezależnie od tego, co twierdzą wszyscy Kempowie świata. 

    Dwa lata temu napisałam, że z powodu tego, że niepokój odczuwam bez przerwy i powodu, staram otaczać się spokojnymi, sielankowymi przedstawieniami. Nie wiem, co myślałam. Nie wpadłam na to, iż nawet one potrafią burzyć poczucie bezpieczeństwa. Z braku innego wytłumaczenia zwalam to na chwilowe zaćmienie mózgu i pisanie w samym środku lockdownu, bez bezpośredniego dostępu do dzieł. Zapomniałam, że przecież ktoś (ja) potrafi spojrzeć na niewinny pejzaż wiejski i musieć się od niego oddalić ze względu na uczucie wywołane przez fakturę obrazu. To przede wszystkim mam na myśli, mówiąc o skrajnej subiektywności odbioru.

    W formie oryginalnej, w tym miejscu zaczynałam niezwykle nudny, przewidywalny i nic nie wnoszący wywód o Modiglianim, Dixie i Rothko, który był tak mizerny, że oszczędzę go głównie sobie. Myślę, że każdy ma własne przykłady dzieł, które wywołują bardziej lub mniej znajome uczucie. Myślę też, że to dobrze. 

    Sztuka jest bezpieczna. To, że niepokoi Cię mistrzowsko oddana burza na morzu, nie znaczy, że spadnie na Ciebie choć kropla deszczu. To, że patrzysz na tragiczną śmierć postaci nie znaczy, że Ty  musisz przechodzić po niej żałobę. W pewnym oderwaniu od rzeczywistości, dzieła pozwalają na przeżycie emocji "złych" - smutku, niepokoju, strachu, itd. 

    Od niepokoju jest tylko krok do wzniosłości. W końcu jest to jej element. Odczuwany z bezpiecznego miejsca kontrastuje i pozwala doświadczać swoistego rodzaju zachwytu. 

    Nie twierdzę, że każdy niepokój działa w taki sam sposób. Jestem z nim na tyle blisko, by wiedzieć, że jest wręcz przeciwnie. Lecz ma on swoje miejsce w sztuce i nie można przed nim uciekać - lepiej przyjąć go i pogodzić się z uczuciem, pozwolić mu poprowadzić się przez płótno. Bo przecież po coś tam jest.

Komentarze

Popularne posty